Maraton MTB Obiszów 2012 – Puchar Polski MTB
5:30 rano, pobudka, 6:00 pakowanie rowerów, i w końcu 6:30 jazda…
Zanim zacznie się ściganie, najpierw trzeba dojechać na start, 266 kilometrów, czas leci całkiem szybko. O 9:30 jesteśmy już w Obiszowie. Pierwsze wrażenie? Od pierwszego do ostatniego domu można dorzucić zębatką. Po wyjechaniu zza drugiego zakrętu naszym oczom ukazuje się „Miasteczko Zawodów” wielkości co najmniej ¼ wsi , wszystko jest na swoim miejscu, jak przystało na Puchar Polski więc po chwili już stoimy w kolejce po odbiór numerków startowych.

Zaopatrzeni w cały potrzebny sprzęt (numerek, chip, kartę na obiad, itp) wracamy do auta, jako że godzina jeszcze wczesna i nie jedliśmy dziś jeszcze śniadania wybieramy się do Polkowic. Po paru minutach błądzenia po mieście udaje nam się znaleźć… McDonalda, piekielnie głodni nie byliśmy w stanie zaprzątać sobie głowy wartościami odżywczymi. W środku okazało się że jest zbyt wcześnie by zjeść coś poza zestawem śniadaniowym i frytkami. Po zjedzeniu dwóch porcji odczuliśmy zapotrzebowanie na napój, lecz niezdrowa cola nie spełniała naszych oczekiwań zamawiamy jeszcze po porcji frytek i lecimy w poszukiwaniu spożywczego. Godzina 10:10 – 50minut do startu, siedzę pod biedronką i kończę trzecią porcje frytek… to nie może się skończyć dobrze… Zaopatrzeni w godziwy napitek – Lipton + Tymbark, wracamy się do Obiszowa, parkujemy, zrzucamy rowery, zapinamy numerki, przebieramy się, rozlewamy picie do bidonów…. Tak… zapomnieliśmy Maxima.. szybka decyzja, lejemy liptona.Gotowi jedziemy się rozgrzać, niestety tylne piasta częściowo odmawia posłuszeństwa, lecz nie jest to tak poważna awaria by nie można było jechać, zbliża się godzina 11. Wraz z innymi zawodnikami udajemy się na linie startu, gdzie czeka nas odprawa techniczna. Sędzia przez jakieś 15 minut objaśnia na czym polega start, podjeżdżanie do linii startu i ustawienie zawodników, bo przecież wszyscy obecni są pierwszy raz na wyścigu i tego nie wiedzą, po kolejnych 10 minutach stoimy już na starcie. Niestety zostałem ustawiony w jednej z ostatnich linii, co nie zapowiada łatwej przeprawy.
11:17,30s – Start!
Od startu standardowo poszedł ogień, pierwsza prosta jest po asfalcie, dość szeroko, da się przejechać do przodu i na pierwszym zakręcie w las jestem już mniej więcej w połowie stawki. Pierwsze dziesięć kilometrów to kręta, momentami wąska droga, z licznymi podjazdami i zjazdami z tendencją do wznoszenia się. Na 9.8 kilometrze trasy znajduje się jej najwyższy punkt, następne dziesięć kilometrów to stopniowy zawierający parę hopek zjazd z tego wzniesienia. Jedzie mi się bardzo dobrze, szybko, rower pewnie się prowadzi. Tego typu uczucia miałem chyba pierwszy raz w tym sezonie. Sielanka trwa aż do 57 minuty, gdy odzywa się głód, uświadomiłem sobie że nie zabrałem ze sobą żadnego jedzenia na trasę. Jak na złość wszystkie bufety były już za mną, więc muszę zwolnić. Powoli odczuwam jak głód wysysa ze mnie resztki prądu, nogi coraz bardziej mi sztywnieją, gdy dogania mnie Elita Kobiet tracę resztki nadziei na dobry występ, jadę coraz wolniej, co ma swoje plusy w postaci możliwości oglądania urokliwego lasu i podziwiana trasy. A było co podziwiać, trasa perfekcyjnie przygotowana, wyryta w ściółce leśnej specjalnie dla rowerów. Genialny był podjazd szerokości jednej kierownicy wyharatany w zboczu wzniesienia i pnący się do góry niczym asfalty w Alpach. W mniej więcej 70 minucie „zabawy” dopadł mnie przeszywający ból brzucha, który zhamował mnie jeszcze bardziej, czyli praktycznie się toczyłem nie bardzo wiedząc gdzie góra a gdzie dół. Żeby nie było mi zbyt łatwo czekały mnie jeszcze 4 sztywne podjazdy, w tym jeden o nachyleniu sięgającym 28% . Nadal nie wiem jak wjechałem ten najsztywniejszy podjazd na moim „najmniejszym” przełożeniu (40×32). Podczas zjazdu czułem że ledwo utrzymuje rower w ryzach, każda nierówność wywoływała ból pustych już mięśni, zaczynam coraz mocniej hamować na zjazdach, po co ryzykować gdy do Mistrzostw Polski w Maratonie już tylko dwa tygodnie. Po pokonaniu ostatnich trudności na pętli czekała dwukilometrowa przejażdżka wzdłuż pola kończąca się strażakiem krzyczącym i machającym rękoma „uwaga, skarpa!”. Swymi energicznymi ruchami przekonał mnie by uważać, jednak gdy dojechałem do rzekomej „skarpy” omal nie zacząłem się śmiać na głos, skarpa wyglądała jak najmniejsza z możliwych ślizgawek z placów zabaw. Dalej widać już balon „start/meta”, swoim super imponującym żółwim tempem pognałem w jej kierunku, przejeżdżając przez kreskę zostałem wyczytany przez Piotra Kurka, jak miło znowu jestem na asfaltowej prostej, jednak brzuch niepozwana o sobie zapomnieć. Miałem ambicje przejechać cały dystans lecz gdy znów wjechałem w teren i zatelepało mi żołądkiem, ten postanowił się obrazić za traktowanie go frytkami i podjął decyzję że mam zsiąść z roweru. Niemal z niego spadając ledwo bronię się od torsji. Po chwili zwijania się na glebie, wczołguje się na rower i zmierzam w kierunku samochodu. Po ok. 15minutach leżenia pod samochodem, gdy już zaczynam się czuć lepiej na tyle ze mogę wstać, nadjeżdża mój tata, po krótkiej naradzie rezygnuje z dalszej jazdy, pakujemy się i wracamy do domu.
Nigdy w życiu nie zjem nic w McDonaldzie w dniu wyścigu. I postaram się pamiętać o żelkach na trase..