„Lang” w Warszawie jest idealnym wyścigiem na rozpoczęcie sezonu – szybka, niezbyt skomplikowana technicznie trasa pozwala na łagodne wejście w rytm wyścigowy po ciężko przepracowanej zimie.

 

21.04.2017 - Piątek

Na start mamy 559 km, także na wycieczkę Gryfino – Warszawa wyruszamy już w piątek rano.

Pierwsza niespodzianka pojawiła się na parkingu podziemnym – Aston pod kocykiem, super sprawa, muszę coś takiego kupić swojemu Rowerowi żeby nie marzł. :)

Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po rozpakowaniu gratów była zmiana opon – dobrze że room service to przewidział i stworzył kącik ze specjalną nawierzchnią do testowania opon.

Jeszcze tylko obiad (PizzaHut ❤) i można jechać po numerki startowe.

22.04.2017 – Sobota

9:00 Dzień startu, pakujemy rowery z powrotem do bagażnika i jedziemy na start!

10:00 Na miejscu okazuje się że jest dosyć zimno (8°C) więc wybieram na wyścig pełne opancerzenie – długa bluzka, krótka bluzka, kamizelka, spodenki, nogawki i lekkie ochraniacze na buty, Ojciec jednak twardo postanowił jechać na krótki nogi (brrr!).

Jest to pierwszy wyścig na którym startujemy w Teamie naszego przyjaciela Michała – Hardcory Team.

Plan na wyścig:
Startujemy spokojnie, jedziemy razem, Ja pracuję z przodu jako silnik i osłona przed wiatrem, dojeżdżamy do mety razem i zdobywamy parę punktów do klasyfikacji drużynowej.

10:55 Jesteśmy już po rozgrzewce i stoimy w sektorze, trochę się niepokoje bo wokół mnie stoją ludzie, którzy wyglądają jakby nigdy nie jeździli rowerem. Sędziowie ze względu na małą ilość zawodników elity, podejmują decyzje o połączeniu dwóch grup: wspomnianej już elity oraz zawodników Grand Fondo. Podczas małego zamieszania przy zbijaniu się sektorów udaje nam się przebić trochę bardziej do … tyłu sektora – jest tu luźniej i zdecydowanie przyjemniej.

11:00 START! Poszli! Cisną! Droga zamknięta dla ruchu ulicznego, a tu nagle z parkingu 600m po starcie wyjeżdża błyszczące BMW. Udaje nam się je ominąć mimo usilnego starania kierowcy żeby nas załatwić. Jedziemy dalej, ja z przodu, ojciec z tyłu, wyprzedzamy tych co stali z przodu i ciśniemy w poszukiwaniu grupy jadącej odpowiednim tempem. Po jakichś 5 kilometrach dojeżdżamy do ekipy która nam pasuje, jedzie w niej również zawodnik z naszego Teamu także wydawała się idealna. Wychodzę na przód pracować, ojciec za mną. Koledzy z grupy zwąchali okazje do podwózki i wiozą się na kole, postanawiam rozerwać grupę. Zostaje nasz czterech: Ja, Ojciec, człowiek z naszego team i jeden „obcy”. Wspólnie jedzie nam się dobrze. Niestety na nasypie kolejowym ojciec wjeżdża za dużym łukiem i zapada się po oś w kamienie, muszę się zatrzymać i poczekać aż się wykopie. Jedziemy we dwóch, na wale przeciwpowodziowym mocno wieje – dochodzimy tam grupę w której jest między innymi „Obcy”, przechodzimy ich, zostajemy tylko my i „Obcy”. Okazuje się całkiem miły i ma na imię Paweł. Resztę wyścigu pokonujemy „razem”, zaczepiamy się na chwilę za zawodnikami z krótszych dystansów, raz Paweł odskakuje do przodu nam, raz my Pawłowi, ale generalnie jedziemy razem.

 

Mniej więcej 15 km do mety ojciec zaczyna słabnąć – gołe nogi za mocno wychłodziły organizm i nie jedzie się już tak fajnie. Zwalniamy coraz mocniej, Paweł odjeżdża. Po krótkiej naradzie postanawiamy, że ja cisnę do przodu żeby zdobyć więcej punkty do drużynówki, a ojciec się jakoś dotoczy do mety. Cisne, po chwili widzę plecy Pawła, krzyczę „Cześć!” i lecę dalej. Na Gassach jest ciężko, wieje mocny wiatr, ale doganiam jakiegoś szosowca i rozmawiając z nim jakoś dojeżdżam do końca pętli, teraz jest już łatwiej, żegnam szosowca i pędzę sam. Na metę o dziwo wpadam jako drugi z Teamu i jakoś milion trzydziesty pierwszy open. Po 5 minutach dojeżdża Leon, który wygiął dwa ogniwa łańcucha, a po 10 ojciec.

Całym teamem idziemy coś zjeść do Sphinxa – nie ma nic bez mięsa, więc zamawiam frytki #FitBoy.
Podczas jedzenia sprawdzamy nieoficjalne wyniki i… wychodzi nam zwycięstwo w drużynówce. Niestety nasza radość nie trwała długo, wygralibyśmy gdyby nie regulamin stwierdzający że z najdłuższego dystansu Grand Fondo punktuje tylko dwóch zawodników, trzeci musi być z dystansu Medio lub Mini, wszyscy jechaliśmy GF więc nie zajęliśmy żadnego miejsca, trochę szkoda. Może powinniśmy być słabsi niż jesteśmy żeby wygrać?

Kończymy jeść, żegnamy się, pakujemy rowery do bagażnika i … jeszcze tylko 560 km i dom.